Historia obozu Baudienstu w Kaletniku oraz jego rozbicia przez Oddział „Sama”

Historia obozu Baudienstu w Kaletniku

POLSKA SŁUŻBA BUDOWLANA W GENERALNYM GUBERNATORSTWIE

Niemiecki okupant dążył do jak największego wykorzystania potencjału ludzkiego podbitej Polski w tym celu powstała Polska Służba Budowlana (Polnischer Baudienst). Utworzono ją na podstawie zarządzenia Generalnego Gubernatora Hansa Franka z 1 grudnia 1940 r. Wszystkimi placówkami Służby Budowlanej kierowali Niemcy oddelegowani do tych zadań ze Służby Pracy Rzeszy (Reichsarbeitsdienst, RAD). Rekrutacja odbywała się na zasadzie poboru niektórych roczników spośród zamieszkałych w Generalnym Gubernatorstwie mężczyzn. Okres odbywania Służby Budowlanej trwał początkowo 3 – 6 miesięcy, ale mógł być w razie potrzeby przedłużony. Z czasem władze hitlerowskie grupowały robotników w obozach mieszkalnych. Było to spowodowane masowym uchylaniem się powołanych do Baudienstu młodych ludzi od słabo płatnej (żołd wynosił 1 złoty dziennie) i wyczerpującej pracy fizycznej (prace melioracyjne, budowa dróg i linii kolejowych). Osadzanie w strzeżonych obozach stało się powszechną regułą na przełomie lat 1942–1943.

OBÓZ BAUDIENSTU W KALETNIKU

Jeden z takich obozów powstał w Kaletniku. Baudienst im G.G. Abteilung 1/202 założony przez Niemców około Wielkanocy 1943 r. wchodził w skład Polskiej Służby Budowlanej. Przebywało w nim około 400 młodych Polaków pochodzących z rejonu Piotrkowa Trybunalskiego, Rawy Mazowieckiej i najbliższej okolicy Koluszek. Pododdziałami w obozach, liczącymi od 100 do 120 ludzi dowodzili polscy Baudienstzugfuhrerzy. Do obozu w Kaletniku powołano 4 roczniki: 1922, 1923, 1924 i 1925. Ich zadaniem była praca na rzecz niemieckiej gospodarki przy różnych budowach w okolicy Koluszek pod kierownictwem niemieckich majstrów.
Obóz zlokalizowany na polanie przy drodze Żakowice – Będzelin był otoczony rowem i płotem o wysokości 2 m wzniesionym na nasypie. Przed jedyną bramą wejściową strzeżoną bezustannie przez wartownika na noc rozstawiano kozły hiszpańskie. Obóz otaczała szeroka na 50 m polana, na której od północnej strony urządzono boisko. W położonych na terenie obozu barakach znajdowały się: kancelaria, pomieszczenia dla niemieckich majstrów, izba chorych, sypialnie dla junaków, kuchnia, jadalnia i ubikacje. W oddzielnym baraku mieszkał komendant obozu Austriak – Baudienstoberinspekteur Helmut Kreuzer z żoną. Jego zastępcami byli Niemiec – Herzlich oraz Polak – Stanisław Iwan ps. „Kres”. Sam komendant miał łagodne usposobienie, za przewinienia stosował bardzo łagodne (w porównaniu do innych obozów) kary, a mianowicie: wysyłał do karceru, kazał sprzątać umywalnię lub ubikacje poza kolejnością, obierać ziemniaki albo wstrzymywał urlopy. Do junaków zwracał się per „Sie”, czyli „Pan”. Grywał również z Polakami w siatkówkę i piłkę nożną na boisku przy obozie.

Do służby wartowniczej Niemcy wybierali młodych ludzi, których uważali za przystępnych do zgermanizowania. Dowódcą wartowników był Polak – Majchrowski, który w czasie akcji partyzantów z oddziału „Sama” przebywał na urlopie, posiadał on zastępcę – Józefa Marszałka ps. „Burza”. Poza nimi było 12 stałych wartowników i trzech ich zastępców. Wartownicy wyekwipowani byli w kurtki nieco lepsze niż drelichowe kombinezony robotników, ponadto mieli czapki, skórzane pasy i insygnia, czyli czarne patki kołnierzowe i trójkątną naszywkę z emblematem Baudienstu na ramieniu. Wyposażeni byli w krótkie karabinki Lebela oraz długie Mosiny, pistolety i granaty trzonkowe.

Strażnicy Baudienstu KaletnikStrażnicy przed bramą obozową Baudienstu w Kaletniku.

 

Reszta umundurowana była w proste kombinezony z zielonkawego drelichu z baudienstowską trójkątną naszywką na ramieniu i czarnymi patkami kołnierzowymi oraz furażerki z tego samego materiału. Junacy pracowali 5 – 6 dni w tygodniu, ale mogli starać się o przepustki, które dostawali na weekendy. Wolny czas mogli spędzać grając w siatkówkę i piłkę nożną na wybudowanym tuż obok obozu boisku.
Na terenie obozu działały 3 tajne organizacje: Armia Krajowa, Armia Ludowa i Narodowe Siły Zbrojne – w większości wchłonięte przez AK. Przewodzili nimi Stanisław Iwan ps. „Kres”, Teodor Zep ps. Wit” oraz Józef Marszałek ps. „Burza”. Spośród 400 junaków w podziemiu działało około 50 osób.

Junacy skoszarowani w Kaletniku budowali odcinek linii kolejowej pozwalającej przejechać pociągom zaopatrzeniowym z Żakowic Południowych, omijając stację Koluszki, w kierunku Tomaszowa Mazowieckiego. W tym celu pod nadzorem firmy „Kistner” rozpoczęto wydobycie piachu na „piaskowej górce”. Piach wydobywano za pomocą specjalnej koparki montowanej na bardzo szeroko rozstawionych szynach. Pomiędzy miejscem wydobycia piachu, a miejscem budowy nasypu ułożono tory, po których robotnicy wozili piach w małych wagonikach podobnych do tych znanych z kopalni. Na trasie budowy linii kolejowej (obecnie nosi ona numer 537) stała jednak leśniczówka wraz z zabudowaniami gospodarczymi. O dziwo, nie rozebrano jej, lecz przeniesiono ją za pomocą dźwigów i szyn o 50 metrów. Niedaleko, bo w Mikołajowie był kolejny obóz Baudienstu, który pracował nad dalszym fragmentem linii Żakowice Południowe – Słotwiny.

Robotnicy BaudienstuRobotnicy Baudienstu w Kaletniku, w tle budowany przez nich nasyp kolejowy - 20 czerwca 1944 r.

 

PRÓBA LIKWIDACJI OBOZU W KWIETNIU 1944 R.

Dowódca kierownictwa dywersji (KEDYW) okręgu Łódź Armii Krajowej – mjr Adam Trybus ps. „Gaj” planował rozpędzić obóz pracy „Baudienstlager” w lesie koło wsi Kaletnik. Obóz był zlokalizowany przy drodze Żakowice – Będzelin, w tym celu z ziemi piotrkowskiej skierowany został do gajówki Zieleń Oddział Partyzancki „Grom” pod dowództwem zastępcy porucznika Aleksandra Arkuszyńskiego ps. „Maj”. Akcja ta została uzgodniona z Dowództwem Obwodu ZWZ – AK Brzeziny – Koluszki.

Gajówka Zieleń położona wśród lasu na dużej polanie uprawnianej rolniczo w odległości 350 metrów od stacji Słotwiny i wsi Będzelin. Do gajówki tej o godzinie 4:00 nad ranem w dniu 21 kwietnia 1944 roku przymaszerował Oddział Partyzancki „Grom” w sile 25 – 30 ludzi. Po aresztowaniu gajowego Fabijańskiego (był członkiem AK) stanowisko gajowego Niemcy powierzyli Boberkowi – mieszkańcowi wsi Będzelin, który w dniu przybycia oddziału „Grom” do Zieleni spał na oborze w słomie, ponieważ pilnował tam drzewa opałowego. Ze względu, że Boberek do mieszkania w Będzelinie nie przychodził na śniadanie, więc po męża przyszła żona do gajówki. Oboje prosili dowódcę, aby ich warunkowo zwolnił, a oni nie doniosą na nich. Warunkowo zwolniony gajowy Boberek zaraz po wypuszczeniu poszedł do gajowego Volksdeutscha Szabelona i zawiadomił go, że w gajówce Zieleń są bandyci. Szabelon o tym nie chciał słyszeć, więc Boberek zawiadomił żandarmerię w Koluszkach.

Oddział wystawił warty, a pozostali partyzanci zmęczeni po długim przemarszu spali w domu gajówki. W pustej zagrodzie nie było żywności, wysłano więc gońca oddziału – Zmudzika do „Wirka” w Koluszkach po żywność. Jak wspomina Franciszek Kwiatosz:

Z gajówki Zieleń od „Groma” do Koluszek na ulicę Warszawską nr 30 przyszedł goniec oddziału Zmudzik do „Wirka” po żywność. „Wirek” przyszedł do mnie na ulicę Brzezińską, gdzie pracowałem, pozostawił u mnie 300 papierosów Sportów i Płaskich – kazał zaopatrzyć ludzi „Groma” w żywność, bo są głodni. Była godzina 11:00, „Wirek” gońca skierował do wsi Różyca nr 33 do łączniczki Karkowskiej ps. „Oko”, by przygotowała żywność. Ja znalazłem furmana Karola Koteckiego na zajeździe przy węglu, dałem mu pisemną dyspozycje na przywiezienie z lasu drzewa (kwit od Zenona Karasińskiego, by miał się czym legitymować). Kotecki przełożył deski na wozie, a gdy nadszedł łącznik Zmudzik odjechali do kurierki Karkowskiej przewieść żywność na gajówkę dla partyzantów oddziału „Grom”. Furman Kotecki zabrał od Karkowskiej wiadro jajecznicy ze 100 jaj, 5 bochenków chleba, tłuszcz i te papierosy oraz inny prowiant. Obaj ze Zmudzikiem przez wieś Będzelin pojechali do gajówki Zieleń, za wsią wjechali do lasu i na świeżo usypany nasyp kolejowy, by wjechać z nasypu na polanę do gajówki.

W momencie, gdy wóz znalazł się na nasypie łącznik „Groma” – Zmudzik powiedział do furmana: „patrz tam są Niemcy!” i zeskoczył do tyłu z wozu i z nasypu wycofał się do lasu, natomiast furman Kotecki z nasypu zjechał i zamiast do gajówki, pojechał w prawo duktem w las. Na skutek zawiadomienia przez Boberka żandarmerii w Koluszkach z Regien ciężarówkami przyjechała kompania żołnierzy niemieckich, która okrążyła gajówkę Zieleń. Równocześnie zabrzmiały steny, RKMy i karabiny – rozpoczął się bój ubezpieczenia oddziału z żołnierzami niemieckiej kompanii wartowniczej z Regien. Oddział skoczył do lasu oddalonego o 20 metrów od zabudowań gajówki. Wzmogła się obustronna wymiana strzałów wokół gajówki. Jednak partyzanci zdołali się przedrzeć przez kordon okrążenia i pomaszerowali w kierunku lasów wokoło Ujazdu.

Na placu boju poległo 2 partyzantów: jeden, który stał na posterunku alarmowym zginął na dukcie i drugi przy gajówce pod dębem, który poległ w czasie odskoku oddziału skoszony RKMem. Straty po stronie niemieckiej to zabity kapral i kilku rannych. Świadkami potyczki byli kolejarze ze Słotwin.

mapa sytuacyjna

Plan rejonu Baudienstu w Kaletniku sporządzony przez oficera wywiadu AK ps. Cis 29 października 1944 r. 

 

LIKWIDACJA OBOZU PRZEZ ODDZIAŁ „SAMA”

Pierwszym poważniejszym działaniem bojowym świeżo sformowanego Oddziału Partyzanckiego Armii Krajowej pod dowództwem Romualda Ziółkowskiego „Sama” miało być oswobodzenie polskich robotników przymusowych z Baudienstu w Kaletniku. Akcja wymagała znajomości terenu i ostrożności, ponieważ w lesie stały wagony z ewakuowanymi dyrekcjami kolejowymi Ostbahn z Lwowa i Wilna, a wokoło Koluszek kwaterowały oddziały niemieckie wycofane z frontu, który zbliżył się nad Wisłę. Ponadto w pobliskiej szkole w Różycy swą siedzibę miała firma „Kistner” budująca z pomocą polskich junaków nasyp kolejowy. Plan zakładał szybkie i ciche przejęcie obozu przy pomocy konspiracji wewnątrz Baudienstu. W baraku komendanta znajdował się telefon, którym mógł on wezwać posiłki z Koluszek lub Gałkowa – by temu zapobiec potrzebne było całkowite zaskoczenie. Ze względu na bezpieczeństwo rodzin junaków akcja ma być przeprowadzona przez ludzi spoza obozu, by nie dekonspirować junaków z podziemia. Dodatkowo akcję miało ubezpieczać kilkunastu członków KEDYWu z rejonu Żakowice–Różyca–Kaletnik.

20 lipca 1944 r. (piątek) w nocy Oddział „Sama” po otrzymaniu rozkazów wyruszył z Przyłęku Dużego na spotkanie z koluszkowską dywersją z rejonu Żakowice–Różyca–Kaletnik. Po przejściu 16 kilometrów doszedł na skraj lasu przy torze kolejowym nieopodal Żakowic. Jednak mimo umówionych sygnałów do spotkania nie doszło. Ze względu na zbliżający się świt około godziny 3:30 nad ranem oddział wycofał się na kwaterę w szopie Feliksa Dudka ps. „Wrzos” w Przyłęku Dużym.

Baudienst Kaletnik - 20.06.1944 r.

Robotnicy Baudienstu w Kaletniku, w tle budowany przez nich nasyp kolejowy - 20 czerwca 1944 r.

W sobotę (21 lipca) przed południem na kwaterę oddziału przybyła łączniczka z Koluszek Maria Cechnowska ps. „Krystyna” z zapytaniem od Komendy Obwodu Brzeziny – Koluszki, dlaczego oddział nie wyruszył na akcję? „Sam” zdał raport z nocnej wędrówki oraz oczekiwaniu i braku kontaktu z KEDYWem. Z kolei łączniczka przekazała, że oddział dywersji czekał w umówionym miejscu obserwując tory kolejowe, przez które miał przejść oddział „Sama” i nie zwracali uwagi na dawany sygnał, czyli hukanie puszczyka. Wobec braku kontaktu ludzie z miejscowej dywersji wycofali się około pierwszej w nocy. Jak się później okazało oddział przeszedł bardzo cicho przez tory gdy księżyc został zasłonięty przez chmurę w obawie przed patrolem bahnschutzów, którzy często patrolowali linie kolejowe w okolicy koluszkowskiego węzła. Odległość pomiędzy oddziałem „Sama”, a KEDYWem musiała wynosić najwyżej 150 metrów, lecz przez dobre zamaskowanie i „przyczajenie” do spotkania nie doszło.

„Krystyna” wróciła do Koluszek i przybyła ponownie z rozkazem komendy obwodu, by akcję powtórzyć tej nocy. Ponadto komenda podała czas i dokładniejsze miejsce spotkania. Rozpoczęto przygotowania i gdy tylko zapadł zmrok oddział wymaszerował z kwater tą samą drogą, którą szedł wcześniej.

Tym razem partyzanci przeszli szybciej, ponieważ znali trasę, a niebo było na tyle zachmurzone, że panował niemal zupełny mrok. Gdy dotarto na miejsce, jeden z partyzantów rozpoczął wydawać odgłos hukania puszczyka, jednak po wielu próbach, podobnie jak dzień wcześniej, bez żadnego odzewu. Po jakimś czasie dało się usłyszeć odpowiedź, wszyscy się ucieszyli, ale entuzjazm szybko opadł, gdy okazało się, że zahukał prawdziwy puszczyk… Po północy podjęto decyzję o powrocie na kwaterę w Przyłęku Dużym u „Wrzosa”. Po drodze oddział przeklinał dywersję i dwukrotny już marsz na próżno.

Porankiem w niedzielę (22 lipca) do kwatery oddziału przybyła na rowerze łączniczka „Krystyna”, gdy tylko dowiedziała się jak było, zaklęła, ponieważ dywersja czekała na oddział w lesie, a wtajemniczeni junacy w obozie byli w pogotowiu. Tego samego dnia umówiono się z komendą i organizacją wewnątrz obozu w sprawie trzeciej próby opanowania obozu. Wieczorem oddział na pożegnanie od gospodarza dostał po kieliszku bimbru na miodzie, po czym wyruszył w stronę Koluszek.

Gdy partyzanci dotarli w umówione miejsce, podobnie jak dwa razy wcześniej zaczęli nadawać sygnały; hukanie, pogwizdywanie, a gdy i to nie przynosiło efektów zaczęto nawet pokrzykiwać. Wszystko pozostało bez odzewu. Około godziny 23:00 oddział znalazł się w bezpośrednim sąsiedztwie obozu, a Romuald Ziółkowski ps. „Sam” podejmuje decyzję o przestąpieniu do akcji bez ludzi z KEDYWu, którzy mieli zapewnić ubezpieczenie. Ustalono, że do obozu wejdzie, opanuje wartownię i zneutralizuje kierownictwo Baudienstu zamiast 20, tylko połowa tej liczby partyzantów. Z pozostałych wydzielono dwie trójki z RKMami, które miały stanowić ubezpieczenie na trasie – jedna od strony miejscowości Chrusty, druga od strony Żakowic. Ich zadaniem miało też być przecięcie połączenia telefonicznego na słupie w odległości około 400 metrów od bramy. Dwóch ludzi miało dokonać rozbrojenia wartowników na prawym skrzydle obozu, jednym z nich był Tadeusz Cichecki ps. „Sekcja”. Jerzy Szelestowski ps. „Juka” z innym partyzantem mieli dokonać rozbrojenia na lewym skrzydle obozu. Jedna osoba miała stanąć na warcie przy bramie. Eugeniusz Jeż ps. „Świerk” miał za zadanie przeciąć druty telefoniczne. Do obozu po rozbrojeniu wartowników mieli wejść między innymi: dowódca, czyli „Sam”, Jerzy Szperling ps. „Nero” oraz Zenon Kaszuba ps. „Osa”.

Wartę obozu w czasie akcji stanowili junacy z podziemia, co znacznie ułatwiło wykonanie zadania. Po otrzymaniu rozkazów wypadki potoczyły się szybko. Rozbrojenie wart przebiegło szybko i sprawnie. Gdyby nie pech „Sekcji”, któremu przy upadku wystrzelił samoczynnie karabin akcja odbyłaby się bez jednego wystrzału. Partyzanci opanowali wartownię, kancelarię, magazyn, budząc następnie junaków. Zarządzono zbiórkę na placu apelowym.

W tym czasie „Sam” i „Kres” podbiegli pod barak komendanta obozu. Przez otwarte okno widać było grających w szachy Niemców. Na tapczanie drzemała żona komendanta obozu. „Kres” odsłaniając firankę zdążył tylko zameldować: „Panie komendancie, do obozu weszło jakieś wojsko” – gdy do pokoju wskoczył „Sam”. Zaskoczenie Niemców było kompletne. Rozbrojono komendanta, odebrano rewolwer także jego żonie. Rozbrojonych wyprowadził „Sam” na zewnątrz baraku i oddał pod straż „Sekcji”, który zapytał czy zrewidowano obu Niemców.

Przy rewizji okazało się, że komendant posiadał jeszcze przy sobie pistolet Walther P–38. Na dziedzińcu obozu stali już w trójszeregu junacy, którzy wcześniej pomagali partyzantom wynosić z magazynów broń, koce, odzież i obuwie. Dokumenty obozowe zostały spalone. Do zebranych junaków przemówił „Sam”, informując ich, że: „akcji dokonał oddział polskich partyzantów, którzy przyszli uchronić ich przed wywiezieniem na roboty do Niemiec. Obóz zostaje zlikwidowany, a chłopcy mogą wracać do domów”. Partyzanci mieli zabrać ze sobą junaków, którzy czynnie uczestniczyli w ruchu oporu na terenie obozu, aby jednak nie zdekonspirować ich przed pozostałymi użyto fortelu: Kazimierz Lisik ps. „Grom II” odczytał z otrzymanej od „Kresa” kartki nazwiska junaków nazywając ich „zdrajcami”. Poinformowano ich, że wyczytani zostaną zabrani przez oddział i poniosą zasłużoną karę, co oczywiście było tylko manewrem. W ten sposób w oddziale znaleźli się: Witold Starachowski ps. „Brzoza”, Stanisław Mroczek ps. „Smrek”, Olgierd Monowid ps. „Leliwa”, Jan Galicki ps. „Berkut”, Józef Wójciak ps. „Twardy”, Stanisław Duklewski ps. „Mur”, Tadeusz Kaczmarek ps. „Sęp”, Janusz Borkowski ps. „Dzik”, Jerzy Szymczak ps. „Niemir”, Zbigniew Szperling ps. „Langiewicz”, Ryszard Szaliński ps. „Wicher”, Tadeusz Szałkowski ps. „Wanda”, Stanisław Rudzki ps. „Jastrząb”, Jan Czerwiński ps. „Janczar”, sanitariusz Wiesław Tybura ps. „Lotty”, Ryszard Dula ps. „Ryś”, Henryk Kociemba ps. „Dąb”, Krupa ps. „Wilk” oraz „Tur” i „Orzeł”.

Na zakończenie dowódca krzyknął: „Niech żyje wolna polska!”, na co odpowiedziało mu gromkie: „Niech żyje!” wszystkich chłopców. Oddział zbierał się do odwrotu. „Kolaboranci” za karę mieli nieść cały zdobyty łup, który wówczas okazał się być dla oddziału bardzo przydatny i cenny. Pozyskano kilka karabinów starego typu, kilka pistoletów, rewolwer i zapas amunicji. Najcenniejszym łupem jednak były koce oraz drelichowe kombinezony będące umundurowaniem służby budowlanej, które pozostały na wyposażeniu oddziału aż do zimy 1944/1945 roku. Pozostali w obozie junacy dopiero po pół godzinie od odejścia partyzantów mogli opuścić nieistniejący już Baudienst. Partyzanci i „jeńcy” wsiąknęli w las. Szybkim marszem przez Wągry, stację Rogów i Przyłęk Duży udali się do wsi Kotulin na nową kwaterę w gospodarstwie „Szpaka”.

Baudienst im G.G. Abteilung 1/202

Brama obozu Baudienstu w Kaletniku.

 

OBÓZ W KALETNIKU PO ROZBICIU PRZEZ PARTYZANTÓW

Jak się później okazało, po likwidacji obozu przez Oddział „Sama” Niemcy nie werbowali już Polaków do przymusowej pracy w okolicach Koluszek. Do końca wojny nie utworzyli również nowego obozu pracy w Kaletniku.

Z raportów niemieckich natomiast wynika, że nie obyło się bez represji. Porucznik żandarmerii Oldag z posterunku w Koluszkach pisał odnośnie śledztwa w sprawie rozbicia Baudienstu w raporcie operacyjnym nr 2994/44 z 29 grudnia 1944 roku:

„Raport operacyjny dotyczący akcji posterunku żandarmerii w Koluszkach od 17.12.1944 do 18.12.1944 w czasie od godziny 22:00 do godzimy 5:00 w Koluszkach.

A. Położenie /sytuacja/ nieprzyjaciela
Dnia 22.7.1944 około godz. 23:50 bandyci dokonali napadu na obóz pracy /Baudienstlager/ w Kaletniku gminy Mikołajów. Wszyscy przynależni do tego obozu junacy zostali przez bandytów zwolnieni. Jak się dowiedzieliśmy, duża część tych uwolnionych junaków doszlusowała do bandytów. Dokonywali oni z tą bandą bieżąco napadów rabunkowych. Ponieważ bandyci w obecnej zimnej porze roku nie mogą dalej w lasach przebywać, przeto wracają oni stopniowo do swych rodzin i domów. Na mocy zdobytych przez nas list obozów pracy przymusowej, w Kaletniku i Mikołajowie (w Mikołajowie przedstawiają się stosunki tak samo jak w Kaletniku) stwierdziliśmy, którzy junacy po napadzie rabunkowym zniknęli i dopiero po 15 października 1944 powrócili do swych domów. Tych więc, którzy powrócili, a którzy nam znani są z imienia i nazwiska, i których zastano w ich domach, aresztowano. Wśród tych w ten sposób dokonanych 38 aresztowań, 10 aresztowanym przypisuje się, że przyłączyli się w danym czasie do bandy i z nią dokonali rabunkowych napadów. Chodzi o napady rabunkowe w Turobowicach, gdzie zastrzeleni zostali 3 strażnicy, w Wyknie, gdzie bandyci noc przebyli w gajówce i tam 1 świnię zabili, napad w Rewicy Królewskiej, gdzie uprowadzono burmistrza i męża zaufania Kelma oraz 3 sołtysów, napad na dworzec Słotwiny, gdzie zrabowano większą ilość broni i materiałów wybuchowych, napad w Rewicy Szlacheckiej, gdzie zastrzelono 4 członków posterunku żandarmerii w Jeżowie oraz kilka napadów w obrębie działania oddziału żandarmerii w Brzezinach. Aresztowanych doprowadzono do policji bezpieczeństwa i służby bezpieczeństwa /Sicherheitspolizei u. SD/ w Tomaszowie Maz.

B. Siły operacyjne własne
a/ Posterunek żandarmerii w Koluszkach łącznie z polską policją 1/9/15
b/ Pluton operacyjny 102 pułku strzelców krajowych 1/36

C. Przebieg akcji
a/ Działań bojowych nie było.
b/ Z 48 z imienia i nazwiska znanych osób 38 zostało aresztowanych, z czego 10 osób jako bandytów doprowadzono do policji i służby bezpieczeństwa w Tomaszowie Maz.
c/ Bez strat własnych.
D. Informacje
a/ W czasie przesłuchania bandytów na posterunku żandarmerii zostało stwierdzone, że nieschwytani junacy nadal się znajdują w bandzie, więc jeszcze nie powrócili do swych mieszkań. Aresztowani poczynili ponadto zeznania dotyczące liczebności, uzbrojenia i działalności bandy. Dane te będą jeszcze analizowane przez posterunek żandarmerii jak i przez policję bezpieczeństwa.
/–/ Oldag
por. żandarmerii”

Obala to mit mówiący o braku konsekwencji rozbicia obozu. Minimum 10 osób działających w strukturach podziemia znalazło się w rękach SD (Sicherheitsdienst des Reichsführers–SS, pol. Służba Bezpieczeństwa Reichsführera SS) w Tomaszowie Mazowieckim, innych zatrzymano w Koluszkach. Sam raport datowany jest na zaledwie 3 tygodnie przed wkroczeniem Armii Czerwonej – wskazywać to może jak ważną była ta sprawa, że dosłownie w przeddzień ewakuacji Niemcy nadal prowadzili sprawę rozbicia obozu.

Obozowe baraki nie zostały długo puste. W miarę zbliżania się frontu – w okolice Koluszek przerzucono dużą ilość wojsk Węgierskich. Część tych wojsk zakwaterowano właśnie w byłym obozie pracy. Franciszek Kwiatosz, kwatermistrz oddziału „Sama” mieszkający w pobliskiej Różycy wspomina bardzo ciepło Węgierskie wojsko:

„Wokoło Koluszek pełno było wojsk węgierskich. W cegielni na Natolinie na odłogach pasło się 50 krów, które przeznaczone były na wyżywienie rozkwaterowanych żołnierzy węgierskich. Wojska węgierskie kwaterowały w barakach w lesie koło Kaletnika po Baudienscie, w lasku Płuciennika. Węgrzy po przyjacielsku obchodzili się z Polakami – w skryciu popierali partyzantkę, a hitlerowcy obarczyli żołnierzy węgierskich pilnowaniem mostów i ochranianiem szlaków kolejowych. Nie wolno było Polakom uprawiać sportu. Węgrzy obok Baudienstu zrobili boisko i grali w piłkę, a w niedziele rozgrywali mecze z Polakami. W pierwszym meczu Węgrzy zwyciężyli 5:2 –udział w meczu brali piłkarze z Koluszek.”

Po wyzwoleniu w 1945 roku drewniane zabudowania obozu stały puste, a czasy były takie, że wszystkiego brakowało i wszystko mogło się przydać. Tak też się „przydał” dawny obóz Baudienstu, który dość szybko zniknął z powierzchni ziemi. Obecnie pozostały fragmenty fundamentów oraz ślady po rowie i nasypie okalającym teren obozu.

Adrian Kut

Bibliografia:

  1. J. Żukowski, „Chłopcy od Sama”, Warszawa 1991,
  2. F. Kwiatosz, „Działalność bojowa oddziału partyzanckiego „Sama” na terenie powiatu brzezińskiego w okresie hitlerowskiej okupacji w latach 1939 – 1945”, Żakowice 1970,
  3. F. Kwiatosz, „Działalność ruchu oporu w latach hitlerowskiej okupacji 1939-1945”, Żakowice 1970,
  4. T. Cichecki, wspomnienia, Koluszki 2010,
  5. M. Chwiałkowski, wspomnienia, Warszawa 2015,
  6. Oldag, „Raport operacyjny nr 2994/44”, Koluszki 1944.