Oddział Partyzancki AK por. Romualda Ziółkowskiego „Sama”

Oddział Partyzancki AK por. Romualda Ziółkowskiego „Sama”

Byli synami tej ziemi. W zdecydowanej większości pochodzili z miasteczek oraz wiosek przedwojennego powiatu brzezińskiego m.in.: z Koluszek, Brzezin, Głowna, Jeżowa, Rogowa, Przyłęku. Wychowani w patriotycznym duchu II Rzeczypospolitej jako bardzo młodzi ludzie, na ochotnika przystąpili do konspiracji niepodległościowej w ramach różnych organizacji – Związku Walki Zbrojnej, Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, czy Batalionów Chłopskich. Ich losy splotły się w drugiej połowie 1944 r. w jedynym na terenie Obwodu Brzeziny – Koluszki oddziale partyzanckim AK pod dowództwem ppor. Romualda Ziółkowskiego „Sama”.

Byli synami tej ziemi. W zdecydowanej większości pochodzili z miasteczek oraz wiosek przedwojennego powiatu brzezińskiego m.in.: z Koluszek, Brzezin, Głowna, Jeżowa, Rogowa, Przyłęku. Wychowani w patriotycznym duchu II Rzeczypospolitej jako bardzo młodzi ludzie, na ochotnika przystąpili do konspiracji niepodległościowej w ramach różnych organizacji – Związku Walki Zbrojnej, Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, czy Batalionów Chłopskich. Ich losy splotły się w drugiej połowie 1944 r. w jedynym na terenie Obwodu Brzeziny – Koluszki oddziale partyzanckim AK pod dowództwem ppor. Romualda Ziółkowskiego „Sama”. Oficjalnie byli żołnierzami Pierwszego Oddziału Partyzanckiego 29 Pułku Strzelców Kaniowskich Obwodu Brzeziny – Koluszki AK zwanego w skrócie od pseudonimu dowódcy Oddziałem „Sama”. Ta historia jest ewenementem w skali całego polskiego ruchu oporu lat 1939 – 1945. Oddział „Sama” pomimo ekstremalnie trudnych warunków do czynnej walki z Niemcami przetrwał pół roku jako zwarta, umundurowana, dobrze uzbrojona i wyszkolona siła przeprowadzając kilka spektakularnych akcji przeciwko niemieckiemu okupantowi, ponosząc przy tym minimalne straty. Choć tych kilkudziesięciu młodych patriotów nie miało żadnego wpływu na globalne rozstrzygnięcia II wojny światowej, to dało umęczonej brutalną okupacją polskiej ludności tych terenów minimalne poczucie bezpieczeństwa w ostatnich miesiącach hitlerowskiego panowania nad Polską. Dlatego chłopcy od „Sama” zasłużyli, aby pozostać we wdzięcznej pamięci rodaków, szczególnie teraz kiedy bezpośrednich uczestników tamtych wydarzeń nie ma już wśród nas.

Specyfika Obwodu Brzeziny – Koluszki AK

Zasięg terytorialny struktur Armii Krajowej w dużym przybliżeniu pokrywał się z przedwojennym podziałem administracyjnym. Powiaty stały się podstawą do wyznaczenia obwodów, które z kolei wchodziły w skład okręgów odpowiadających województwom. Obwód Brzeziny – Koluszki był częścią Okręgu Łódzkiego AK. Przedwojenny powiat brzeziński rozciągający się od Tomaszowa Mazowieckiego na południu po miasteczko Głowno na północy po upadku II RP został podzielony na dwie części. Fragment zachodni wraz ze stolicą powiatu został bezpośrednio przyłączony do III Rzeszy Niemieckiej jako część tzw. Kraju Warty. Tutaj działalność AK sprowadzała się do zbierania oraz przetwarzania danych wywiadowczych, kolportowania podziemnej prasy oraz zapewnienia szlaków kurierskich przez granicę. Pozostała część przedwojennego powiatu brzezińskiego znalazła się w granicach Generalnego Gubernatorstwa, gdzie warunki dla pracy konspiracyjnej były nieco lepsze.

W połowie 1944 r. Obwód Brzeziny – Koluszki AK liczył 3110 zaprzysiężonych żołnierzy i w jego skład po kilku korektach wchodziło sześć mniejszych struktur terytorialnych zwanych rejonami. Na terenie Kraju Warty były to rejony: Brzeziny – Stryków oraz Gałkówek. Po drugiej stronie granicy, w Generalnym Gubernatorstwie leżały rejony: Głowno, Rogów – Jeżów, Koluszki oraz Wykno – Mikołajów. Partyzanci Oddziału „Sama” operowali głównie w GG, tylko sporadycznie zapuszczali się w inne okolice. Przydzielony oddziałowi „Sama” wąski pas terenu na prawym brzegu rzeki Mrogi rozciągający się pomiędzy Głownem a Koluszkami był praktycznie bezleśny, gęsto zaludniony z ogromną liczbą wsi oraz przysiółków składających się z pojedynczych gospodarstw. Partyzanci oddziału musieli liczyć się z ryzykiem spotkania różnych niemieckich formacji militarnych. Oprócz żandarmerii, której posterunki znajdowały się w Koluszkach, Jeżowie, Rogowie oraz Głownie, strefę przygraniczną patrolowała straż graniczna (niem. Grenzschutz) skoszarowana w sieci strażnic. Ponadto przez teren obwodu przebiegała strategiczna linia kolejowa Łódź – Warszawa. Przed aktami dywersji ze strony ruchu oporu chroniła ją straż kolejowa (niem. Bahnschutz). Problem dla polskiej konspiracji stanowiła również żyjąca na tym terenie przed wojną liczna społeczność niemiecka, której część aktywnie współpracowała z okupantem, choć zdarzały się przypadki odwrotne.

Mapa podziału przedwojennego powiatu brzezińskiego przez niemiecką administracjęMapa podziału przedwojennego powiatu brzezińskiego przez niemiecką administrację.

Sformowanie oddziału

W ramach „Akcji Burza”, w lipcu 1944 r. Komendant Okręgu Łódź – „Barka” płk Michał Stempkowski „Barbara” wydał rozkaz sformowania zwartego oddziału partyzanckiego. Dowódca KEDYWu Okręgu – mjr Antoni Trybus „Gaj” wraz z komendantem Obwodu Brzeziny – Koluszki kpt. Edwardem Głowackim „Brewa” powołali pierwszy oddział partyzancki na terenie obwodu. Na dowódcę wyznaczono Romualda Ziółkowskiego „Sam”, który ukończył kurs taktyki walki partyzanckiej i odbył staż w Oddziale Partyzanckim „Wicher”. W organizacji oddziału wyróżnili się Marian Niciński „Wirek” i Franciszek Kwiatosz „Burhardt”.

Za dzień powstania oddziału przyjmuje się 5 lipca 1944 r., kiedy w domu „Wirka” spotkało się siedmiu „spalonych” członków KEDYWu, którzy musieli ukrywać się przed okupantem. Byli to przybyli z Koluszek: Romuald Ziółkowski „Sam”, Jerzy Majcherczyk „Grom”, Tadeusz Jasiński „Pik”, Jerzy Szperling „Nero” oraz przybyli z Głowna: Jerzy Żukowski „Kaper”, Edward Zydel „Śmigły”, Marian Bakulin „Łoś”. Nocą oddział dotarł do zagrody Adama Skowrona „Brzoza” koło Jeziorka, gdzie dołączyło kolejnych 7 żołnierzy. Następnie zatrzymano się u Feliksa Dudka „Wrzos” w Przyłęku Dużym, gdzie kolejne 4 osoby przyłączyły się do oddziału. 18 partyzantów rozpoczęło intensywne szkolenie, które przez kilka dni prowadzili „Sam”, „Łoś” i „Kaper”, którzy uprzednio byli przeszkoleni w Oddziale Partyzanckim „Wichra” w Obwodzie Piotrkowskim AK. W czasie odtwarzania jednostek pułkowych Wojska Polskiego w ramach AK oddział otrzymał oficjalną nazwę – Pierwszy Pluton Partyzancki 29 Pułku Strzelców Kaniowskich Armii Krajowej. Dowództwo w oddziale sprawowali:

pchor./por. Romuald Ziółkowski „Sam” od 05.07. do 18.08.1944 r.
kpt. Stanisław Gołębiowski „Oset” od 18.08. do 24.08.1944 r.
pchor. Marian Niciński „Wirek” od 24.08 do 17.09.1944 r.
pchor./por. Romuald Ziółkowski „Sam” od 17.09. do 03.10.1944 r.
pchor. Marian Niciński „Wirek” od 03.10. do 19.01.1945 r.

Zastępcą dowódcy był pchor. Jerzy Majcherczyk „Grom”,
szefami oddziału – Stanisław Iwan „Kres” i Jan Witczak „Masław”,
kwatermistrzem – Witold Radwański „Nurek”,
lekarzem – Wiesław Romanowski „Brodziński”.

Oddział składał się przeważnie z 30 – 60 żołnierzy, a jego skład zmieniał się w zależności od zapotrzebowania. W połowie sierpnia 1944 r. osiągnął szczytową ilość 150 partyzantów. Oddział podzielony był na 4 – 6 patroli, których dowódcami byli:
pchor. Janusz Kowalski „Melania”
mat Jerzy Żukowski „Kaper”
sierż. Wiktor Wójcicki „Torpedo”
pchor. Jerzy Szperling „Nero”
pchor. Teodor Zep „Wit”
kpr. Jerzy Szelestowski „Juka”

Stoją od lewej: Jerzy Żukowski „Kaper” Janusz Kowalski „Melania” Jerzy Szperling „Nero” Teodor Zep „Wilk” Tadeusz Cichecki „Sekcja” Stanisław Iwan „Kres” Klęczy Romuald Ziółkowski „Sam”Stoją od lewej: Jerzy Żukowski „Kaper” Janusz Kowalski „Melania” Jerzy Szperling „Nero” Teodor Zep „Wilk” Tadeusz Cichecki „Sekcja” Stanisław Iwan „Kres” Klęczy Romuald Ziółkowski „Sam”

Uzbrojenie i wyposażenie

Na początku istnienia oddział borykał się z brakami broni, amunicji i wyposażenia. Szlak bojowy rozpoczął z 3 stenami, kilkoma pistoletami i karabinami oraz berdankami, czyli jednostrzałowymi karabinami z II poł. XIX w. Pierwsza duża akcja – zdobycie Baudienstu przysporzyło ok. 20 karabinów systemu Mausera oraz Mosina, karabinki Lebela, 2 skrzynie granatów, amunicję, chlebaki, pasy główne, a przede wszystkim drelichowe kombinezony robocze w kolorze khaki oraz zapas drelichu, z którego później wykonano umundurowanie dla partyzantów. W międzyczasie oddział wzbogacił się o dwa polskie, przedwojenne RKMy wz. 28 Browning. W czasie akcji na Turobowice zdobyto 3 karabiny Mausera i jeden myśliwski. Ponadto zdobywano broń rozbrajając pojedynczych urzędników i mundurowych niemieckich. Amunicję zdobywano, ale również kupowano od granatowej policji i wojsk węgierskich. Największe dozbrojenie oddziału miało miejsce w czasie akcji na parowozownię w Słotwinach, zdobyto wówczas 26 radzieckich karabinów samopowtarzalnych SWT-40, dwa RKMy, jedną pepeszę, dwa niemieckie MP-40, Mauser C-96, 18 sztuk Mosinów, 2 karabiny Mauser, a także 7 pistoletów i ogromny zapas amunicji. Od połowy września 1944 r. oddział był jednym z najlepiej uzbrojonych w kraju. Dowódca i zastępca posiadali MP-40, każdy patrol miał na stanie RKM, dwaj patrolowi i „Nurek” dostali steny, „Kres” pepeszę, pozostali uzbrojeni byli w karabiny SWT-40 i 5 najlepszych Mauserów. Poza tym co trzeci partyzant miał również krótki pistolet, a kilku po granacie i zdobyczne lornetki. Każdy pobrał po 250 naboi na karabin, przy czym na RKMy pobrano dużo więcej.

Codzienne życie partyzantów oddziału

Solą każdej partyzantki jest walka zbrojna z nieprzyjacielem jednak przez pół roku bytności w terenie chłopcy od „Sama” tylko kilka razy starli się Niemcami lub wykonywali inne zadania nakazane przez komendę obwodu. Większość czasu pochłaniał im pobyt na kwaterach oraz wielokilometrowe przemarsze. Oddział był niezwykle mobilny. Ze względów bezpieczeństwa poruszał się praktycznie tylko pieszo i nocą. Chodzili gęsiego w ściśle ustalonym szyku, podzieleni na kilka patroli poruszających się w pewnych odstępach od siebie. Podczas przemarszów należało zachować bezwzględną ciszę, obowiązywał również zakaz używania latarek. Dystanse nocnych przemarszów nierzadko dochodziły do 20 km, a czasem więcej kiedy trzeba było daleko odskoczyć po walce z Niemcami lub innej akcji. Największy dystans pokonali 11 listopada 1944 r. wykonując 35 km odskok. Komunikację między oddziałem a komendą obwodu zapewniały zaprzysiężone w AK kobiety – łączniczki, które po terenie poruszały się rowerami. Ze względu na specyfikę terenu na miejsce pobytu oddziału bardzo starannie wybierano odpowiednie kwatery. Najlepiej jak gospodarstwo było duże, składało się z kilku zabudowań, znajdowało się na wzniesieniu i w pewnej odległości od zwartej zabudowy wsi oraz należało do zaprzysiężonego członka Armii Krajowej lub chociaż sympatyka polskiego podziemia. W takim miejscu można było z odpowiednim wyprzedzeniem dostrzec nadciągające niebezpieczeństwo np. nieprzyjacielską obławę i podjąć odpowiednie środki zaradcze. W jednym miejscu tylko w wyjątkowych przypadkach przebywano dłużej niż jeden dzień. Po przybyciu na kwaterę po nocnym marszu oddział najczęściej zajmował stodołę. Partyzanci spali na sianie, w butach i ubraniu z bronią przy sobie, ponieważ musieli być w ciągłej gotowości bojowej. Warty były rozstawiane tylko w obrębie gospodarstwa i to tak, żeby osoby niewtajemniczone z sąsiednich obejść nie zorientowały się o pobycie żołnierzy AK. Podczas pobytu na kwaterze rozmawiać można było tylko szeptem. Po całym obejściu mogli poruszać się wyłącznie kucharze oraz dowódcy poszczególnych patroli. Wyżywienie zapewniali, sprzyjający podziemiu miejscowi rolnicy. Gospodarze przyjmujący oddział otrzymywali za to odpowiednie wynagrodzenie z funduszy AK. Zamożniejsi rolnicy odmawiali przyjmowania pieniędzy, a goszczenie u siebie Oddziału „Sama” uważali za swój patriotyczny wkład w walkę z okupantem. Rozkład dnia z reguły był podobny. Po odespaniu nocnego marszu oraz zjedzeniu posiłku odbywały się szkolenia z taktyki walk partyzanckich, budowy oraz składania broni ewentualnie szykując się do akcji omawiano jej wszystkie aspekty i przydzielano zadania poszczególnym patrolom. Ze względów bezpieczeństwa podczas pobytu na kwaterze stosowany był tzw. kocioł. Polegał on na zatrzymywaniu postronnych osób, które zauważyły obecność oddziału w danej wiosce. Ludzie ci byli wypuszczani w momencie opuszczania kwatery przez partyzantów. Zdarzało się, że w kotle po całym dniu znajdowało się kilkadziesiąt osób. Żeby pozyskać przychylność zatrzymanych ludzi organizowano dla nich wieczornice, podczas których opowiadano dowcipy, odtwarzano scenki z kabaretów, śpiewano pieśni wojskowe i patriotyczne. Za tą kulturalną część działalności odpowiedzialny był Jerzy Żukowski „Kaper”. Dyscyplina i rygor w oddziale opierały się na autorytecie oraz charyzmie dowódcy. „Sam”, jak i zastępujący go podczas nieobecności Marian Niciński „Wirek” mieli pod tym względem duże poważanie u swoich podkomendnych. Drobne przewinienia np. zbyt głośne zachowanie na kwaterze karane były dodatkowymi wartami lub tzw. „staniem pod karabinem”. Po udanej akcji lub przy okazji jakiegoś święta zdarzyło się partyzantom wypić symboliczny kieliszek samogonu postawiony przez gospodarza kwatery, jednak bardzo rygorystycznie przestrzegano zakazu spożywania alkoholu bez zgody dowódcy. Wolny czas na kwaterach partyzanci poświęcali na czyszczenie i konserwację broni, tępienie dających się we znaki wszy, gdyż trudne warunki bytowe uniemożliwiały utrzymanie właściwej higieny osobistej. Czasem umilali sobie dzień grą w karty.

A gdzie konkretnie kwaterowali chłopcy od „Sama”? Na pierwszym miejscu należy wymienić wieś Przyłęk Duży położoną nieopodal Rogowa. Niemal cała wieś była zaangażowana we wsparcie dla niepodległościowej konspiracji. Ogromna w tym zasługa mieszkańca wioski Feliksa Dudka „Wrzosa”, który wraz z dwoma synami i córką, również zaprzysiężonymi w AK, wykonali ogromną pracę organizacyjną na rzecz podziemia. To w gospodarstwie „Wrzosa” przylegającym do Lasu Rogowskiego najczęściej i najchętniej kwaterowali partyzanci. Partyzanci często zachodzili również do Kotulina oraz Marianowa. Przebywając w okolicy Głowna kwaterowali we Florentynowie, Salomei, Borkach, Michałowie oraz Zawadach. W rejonie Koluszek żołnierzy oddziału gościły i wspierały wioski: Wierzchy, Władysławów, Leszczyny, Olszewo, Jeziorko oraz Rewica Królewska.

Oddział „Sama”, Kołacinek, wrzesień 1944 r.

Co warte podkreślenia chłopcy od „Sama” kwaterowali również u miejscowych volksdeutschów (tak potocznie określano obywateli II RP, którzy w latach okupacji podpisali niemiecką listę narodowościową tzw. volkslistę). Znamy dwa takie przypadki. Jedna kwatera była pod Głownem u przedwojennego oficera Wojska Polskiego nazwiskiem Markwart. Druga znajdowała się w Winnej Górze u gospodarza Kirscha, który przed wojną nazywał się Wiśniewski. Ani jeden, ani drugi nie donieśli żandarmerii o pobycie nietypowych gości.

Kilka wydarzeń nie związanych z walką zbrojną w sposób szczególny zapisało się w pamięci członków oddziału. Bez wątpienia najważniejszym z takich wydarzeń o patriotyczno – religijnym charakterze była partyzancka Msza Św., która odbyła się 15 sierpnia 1944 r. w Przyłęku Małym z okazji święta Wojska Polskiego. Jedną z chałup zamieniono na tymczasową kaplicę. Nabożeństwo odprawił należący do konspiracji ksiądz przywieziony z Koluszek. Partyzanci w pełnym umundurowaniu oraz uzbrojeniu zajęli miejsce obok ołtarza. Na podniosłą uroczystość zaproszono również miejscowych, zaufanych gospodarzy. Z kolei w drugiej połowie września 1944 r. podczas pobytu w Kołacinku oddział wizytował komendant Okręgu Łódzkiego AK płk Michał Stempkowski „Grzegorz”. Z okazji przyjazdu wysokiej rangi oficera na kwaterze pojawił się również fotograf z Brzezin nazwiskiem Szperling (w oddziale walczyło jego dwóch synów), który wykonał kilka dobrej jakości fotografii. W późniejszym czasie oddział był również wizytowany przez cichociemnego kpt. Adama Trybusa „Gaja” jednego z głównych inicjatorów formowania kolejnych oddziałów partyzanckich w Okręgu Łódzkim AK. Nietypowe wydarzenie miało również miejsce w wiosce Kraszew. W drugiej połowie września 1944 r. dowódca oddziału zarządził ćwiczenia strzeleckie na zaimprowizowanej strzelnicy w głębokiej dolince strumienia Ignatówka. Partyzanci w biały dzień oddali po kilka serii z broni zdobytej w akcji na Słotwiny. Wydarzenie to głośnym echem rozniosło się po okolicy. Taka też była jedna z intencji dowódcy, żeby do posterunków niemieckich dotarła informacja, o tym że Oddział „Sama” dysponuje dużą siłą ognia i sporym zapasem amunicji.

 Rozbicie Baudienstu pod Kaletnikiem

Od wiosny 1943 r. w zorganizowanym przez okupanta obozie pracy Baudienst przebywało około 400 młodych Polaków pracujących przy budowie linii kolejowej pod Koluszkami. Istniało ryzyko, że Niemcy potrzebując rąk do pracy będą przewozić więźniów do Rzeszy. Należało temu za wszelką cenę zapobiec stąd decyzja dowództwa Armii Krajowej o rozbiciu obozu. Pierwszą nieudaną próbę podjął w maju 1944 r. oddział „Grom”. Partyzanci pod dowództwem zastępcy komendanta Arkuszyńskiego – Jana Kozieła „Orła” przybyli w ten rejon pieszo spod Opoczna. Następnego dnia mieli przystąpić do akcji. Niestety leśniczy z gajówki Zieleń, w której się zatrzymali doniósł o wizycie niespodziewanych gości żandarmerii. Zorganizowana naprędce niemiecka obława zakończyła się fiaskiem. Doświadczony partyzant jakim był „Orzeł” natarł całą siłą w najsłabszym punkcie i wyrwał się z okrążenia tracąc dwóch zabitych. Zadanie ponownej próby rozbicia obozu otrzymał Oddział „Sama” i był to jego chrzest bojowy. W nocy z 22 na 23 lipca 1944 r. partyzanci podzieleni na kilka patroli ruszyli do akcji. Mieli ułatwione zadanie, ponieważ opanowanie obozu było uzgodnione z członkami Armii Krajowej przebywającymi wewnątrz. Bez jednego wystrzału sforsowali bramy. Do baraku kierownictwa Baudienstu wkroczył dowódca Romuald Ziółkowski i zapowiedział, że w przypadku braku oporu nikomu nie stanie się krzywda. Komendant obozu, z pochodzenia Austriak nie był zagorzałym nazistą i nie miał złej opinii u więźniów, stąd tak łagodne potraktowanie. Po zasadniczej części akcji pozostał jeszcze jeden problem. Trzeba było zapewnić alibi junakom, którzy mieli dołączyć do oddziału, żeby uniknąć niemieckiego odwetu na rodzinach. W tym celu „Sam” zarządził zbiórkę na centralnym placu, wygłosił krótkie przemówienia. Na koniec wyjął listę oraz oświadczył, że wyczytani mają wystąpić z szeregów i zostaną rozstrzelani w lesie za wysługiwanie się hitlerowskiemu okupantowi. Mistyfikacja okazała się niezwykle wiarygodna. Niewtajemniczeni junacy wypychali „pechowców” ze swoich szeregów i obrzucali ich obelgami. Pozostałych więźniów obozu rozpuszczono do domów a partyzanci wraz ze zdobytym zaopatrzeniem pieszo odskoczyli kilkanaście kilometrów od miejsca akcji. Niemcy zaniechali ponownego zorganizowania rozbitego Baudienstu.

Udaremnienie łapanki w Wierzchach

30 lipca 1944 r., gdy Oddział „Sama” przebywał na kwaterze we wsi Władysławów, gospodarz tej kwatery zameldował dowódcy oddziału por. R. Ziółkowskiemu, że w sąsiednich Wierzchach Niemcy w asyście Węgrów i granatowej policji przyjechali pięcioma ciężarówkami by dokonać łapanki na roboty przymusowe w Rzeszy. Chodząc od domu do domu aresztowali wszystkich młodych ludzi, po czym prowadzili ich na drogę tuż przed wsią, gdzie zatrzymały się ciężarówki. „Sam” zarządził natychmiastowe opuszczenie kwatery i przeniesienie oddziału do pobliskiego zagajnika. Tam zapoznał oddział z sytuacją i wydał rozkaz przepędzenia Niemców. Uznano, że do przeprowadzenia akcji wystarczy 12 ludzi. Drużynę podzielono na grupy: szturmową i ubezpieczającą.

Od zajmowanego przez oddział zagajnika do miejsca akcji w Wierzchach było około półtora kilometra. Prowadzeni przez „Groma” partyzanci, kryjąc się wśród drzew i krzewów, szybko dotarli do łąki, którą przecinała płynąca wzdłuż wsi rzeka Rawka, w tym miejscu niezbyt szeroka. Aby nie zwrócić na siebie uwagi, a było prawie południe, drużyna pod osłoną krzewów przedostała się do grobli i mostku, przy którym wyraźnie słychać było ujadanie psów, obszczekujących Niemców i ich pomagierów. Ponieważ nikt nie wiedział, gdzie w tym czasie znajdują się „łapacze”, postanowiono przejść przez mostek i wysłać naprzód uzbrojonych w steny szperaczy, za którymi miała się posuwać reszta drużyny, podejść przez ogrody do wroga zaatakować go szerokim frontem, bacząc, by nie postrzelić któregoś z mieszkańców wsi.

Gdy drużyna wyłoniła się z osłaniających ją krzaków i niepostrzeżenie przemknęła sadami na odległość około 70 metrów od drogi wiodącej przez wieś, z najbliższych domostw dobiegły ją głośnie pokrzykiwania Niemców i lament kobiet, które nie chciały oddać swych dzieci. Wyłapywali Niemcy, Węgrzy doprowadzali zaś młodych na miejsce zbiórki. Tego jednak nie było widać, jako że domy częściowo przysłaniały drzewa owocowe i krzewy, a o tym, że wieś przeżywa tragedię, świadczyły jedynie odgłosy dochodzące spośród zabudowań.

Kiedy po przejściu jeszcze około dwudziestu metrów otoczenie gospodarstw stało się już dość dobrze widoczne niespodziewanie na lewym skrzydle od strony wsi padł strzał i „Nurek” zauważył biegnącego Węgra za którym puścił serię ze swego stena. Spłoszeni nią żandarmi, policjanci i Węgrzy zaczęli wybiegać drogę, kierując się ku stojącym na końcu wsi samochodom. Niestety, trudno było ich trafić, gdyż biegali szybko, a w dodatku kryły ich zarośla i płoty.

Stoją od lewej: Kazimierz Lisik „Grom II” Stanisław Szałkowski „Wanda” Teodor Zep „Witt” Olgierd Monowid „Zelina” Zygmunt Ciećko „Witold” Stanisław Kostrzewa „Krajewski” Zbigniew Szperling „Langiewicz”  Leżą od lewej: Tadeusz Cichecki „Sekcja” Jerzy Szymczak „Niemir” Tadeusz Jasiński „Pik” Stanisław Olechowicz „Lot”Stoją od lewej: Kazimierz Lisik „Grom II” Stanisław Szałkowski „Wanda” Teodor Zep „Witt” Olgierd Monowid „Zelina” Zygmunt Ciećko „Witold” Stanisław Kostrzewa „Krajewski” Zbigniew Szperling „Langiewicz” Leżą od lewej: Tadeusz Cichecki „Sekcja” Jerzy Szymczak „Niemir” Tadeusz Jasiński „Pik” Stanisław Olechowicz „Lot”.

Tymczasem partyzanci na prawym skrzydle w oczekiwaniu na pojawienie się „łapaczy” zajęli pozycję w rowie przy drodze prowadzącej od grobli do wsi. W pewnej chwili z otwartej bramy gospodarstwa znajdującego się naprzeciw ich stanowiska wyłoniło się kilku Niemców. Powitały ich natychmiast serie z erkaemu. Niemcy przypadli do ziemi, a po zorientowaniu się, skąd padają strzały, zaczęli odpowiadać ogniem. Podczas tej wymiany strzałów na drogę wiodącą ku grobli wybiegła kłacz ze źrebakiem, galopując prosto w linii ognia grupy „Kapra”, ten krzyknął: „Uwaga! Konie! Nie strzelać!” zostając w tym momencie postrzelony, ale mógł dalej brać udział w akcji. Korzystając z przerwy w strzelaninie, spowodowanej pojawieniem się koni na drodze, Niemcy poderwali się z ziemi i w mgnieniu oka zniknęli za budynkami gospodarskimi. Jeszcze przez parę minut słychać było strzały karabinowe, serię ze stenów i erkaemu „Juki”, po czym nastała cisza, a gdy w końcu „Grom” i szperacze wybiegli na drogę, posłyszeli już tylko warkot silników odjeżdżających pośpiesznie ciężarówek.

Jak się okazało, żadnego z Niemców ani Węgrów nie zabito, ale też nikogo z aresztowanych Niemcy nie zdążyli wywieźć. Gdy padły pierwsze strzały, złapani nie byli jeszcze w ciężarówkach, a pilnujący ich Węgrzy zatroszczyli się przede wszystkim o własne bezpieczeństwo i zostawili aresztowanych własnemu losowi. Kiedy po jakimś czasie nadbiegli Niemcy i granatowi policjanci, wszyscy pospiesznie wsiedli do pozostałych samochodów i odjechali ze wsi.

Grupa szturmowa nie ujawniając się mieszkańcom wsi przeszła przez ogrody do grobli, gdzie czekała na nich grupa „Kapra”, następnie wszyscy razem skierowali się ku miejscu pobytu oddziału, gdzie po 20 minutach dotarli. Po zachodzie słońca oddział odskoczył na drugą stronę torów i stanął na kwaterze w pobliżu Głowna, we wsi Florentynów, w gospodarstwie Walentego Sędzikowskiego.

Akcja na parowozownię w Słotwinach

Na początku września 1944 r. polscy kolejarze zaprzysiężeni w Armii Krajowej zameldowali do dowództwa obwodu, że w słotwińskiej parowozowni Niemcy ulokowali duże ilości broni i amunicji ewakuowanej z Warszawy dyrekcji Ostbahn. Zapadła decyzja, że zadanie opanowania stacji i przejęcia cennego łupu wykona Oddział „Sama”. Operacja wiązała się z ogromnym ryzykiem, ponieważ w pobliskich Koluszkach znajdował się posterunek żandarmerii, natomiast kilka kilometrów na południe od Słotwin w Regnach stacjonowała silna jednostka Wehrmachtu. W trakcie przygotowań 13 września 1944 r. rano polscy kolejarze przekazali kolejny krótki meldunek – akcja tej nocy albo nigdy, gdyż następnego dnia Niemcy mieli wywieźć zmagazynowaną broń. Łączniczki odnalazły kwaterujący w terenie oddział. W nocy z 13 na 14 września 1944 r. partyzanci dowodzeni przez chor. Mariana Nicińskiego „Wirka” pod nieobecność „Sama” przystąpili do wykonania zadania. Ubezpieczenie od strony Koluszek i Regien zapewniła koluszkowska dywersja. Do budynku parowozowni wdarła się część, podzielonego na kilka drużyn, oddziału. Po pierwszym zaskoczeniu niemiecka załoga postawiła opór jednak kilka serii z partyzanckich stenów skutecznie ostudziło zapędy nieprzyjaciela do walki. Za wyłamanymi łomem wzmocnionymi drzwiami znajdował się cel akcji. Należało zabrać tyle broni oraz amunicji ile dało się unieść. Partyzanci mieli kłopoty bogactwa i przez chwilę zastanawiali się co wybrać. Pod resztę, której nie dało się unieść podłożono ładunek wybuchowy i zniszczono. Łup oprócz wszelkiej maści pistoletów krótkich oraz najbardziej przydatnych dla partyzantki lekkich karabinów wraz z amunicją stanowiły m.in.: dwa ciężkie karabiny maszynowe na podwoziach z kołami. Partyzanci nie chcąc zostawiać po sobie śladów donieśli je w powietrzu do wsi Długie gdzie zostały porzucone w stawie. Miejscowa dywersja wydobyła je jakiś czas później znacząco zwiększając swoją siłę ognia. Co ciekawe w czasie akcji w pewnej oddali od budynku parowozowni na bocznicy stacji stał pociąg z bahnschutzami ewakuowanymi spod Warszawy o czym partyzanci nie mieli pojęcia przystępując do wykonania zadania. Jednak w drugiej połowie 1944 r. Niemcy nie byli już tacy skorzy do walki po zmroku na nieznanym terenie. Słysząc strzały ograniczyli się do oddania kilku serii w stronę lasu po przeciwnej stronie torów sądząc, że to stamtąd wyszedł atak „bandytów”. Po stronie polskiej jedynym poszkodowanym okazał się Janusz Kowalski „Melania”, który taszcząc ciężkie karabiny zwichnął rękę. Następnego dnia, kiedy chłopcy od „Sama” odespali brawurową akcję i długi odskok, nie mogli się nadziwić zdobyczy. Z ust niektórych wyrwały się nawet słowa, że teraz byli najlepiej uzbrojonym oddziałem partyzanckim w Polsce. Śledztwo w sprawie napadu na Słotwiny prowadzone przez gestapo z Tomaszowa Mazowieckiego przez szczęśliwy przypadek udało się skierować na niewłaściwe tory. W czasie akcji Witold Radwański „Nurek” zgubił czapkę wyprodukowaną w Równem na Kresach Wschodnich, dodatkowo jeden z polskich kolejarzy, który pełnił służbę w nocy z 13 na 14 września zeznał, że atakujący rozmawiali po rosyjsku. Niemieccy śledczy doszli do wniosku, że była to robota partyzantki sowieckiej.

Walka z żandarmerią w Rewicy Królewskiej

Oprócz skrupulatnie zaplanowanych i zakończonych pełnym sukcesem akcji, chłopcy od „Sama” kilkukrotnie przypadkowo starli się z nieprzyjacielem. Do takiej sytuacji doszło 3 października 1944 r. w Rewicy Królewskiej. Partyzanci nocą zajęli kwaterę w zabudowaniach gospodarza Lisika położonego nad jednym ze źródłowych strumieni rzeki Rawka tuż obok nieczynnego już młyna wodnego. Pojawili się w tej okolicy z zadaniem likwidacji Jakobiego, mieszkającego w pobliskich Węgrzynowicach – okrutnego niemieckiego funkcjonariusza.

Około godz. 10 rano pod partyzancką kwaterę niepostrzeżenie na konnej furmance zajechał kilkuosobowy patrol żandarmów. Niemcy z posterunku w Jeżowie objeżdżali okoliczne gospodarstwa sprawdzając poprawne oznakowanie bydła kontyngentowego. Kiedy w stodole natknęli się na partyzantów oddziału rozpoczęła się gwałtowna strzelanina. Przypadkowe spotkanie z „polnische Banditen” jak okupanci określali żołnierzy ruchu oporu, przeżył tylko jeden z żandarmów, który porzucając broń oraz elementy wyposażenia i gubiąc buty zdołał przez pola dotrzeć do Jeżowa i zaalarmować posterunek o niespodziewanej walce. Oddział „Sama” również poniósł straty. Nieprzyjacielska kula dosięgnęła najmłodszego członka oddziału, osiemnastolatka Jana Galickiego „Berkuta”. W starciu poważnie ranny został również dowódca – Romuald Ziółkowski „Sam”. Spodziewając się silnej nieprzyjacielskiej obławy partyzanci niezwłocznie opuścili zabudowania wraz z gospodarzami. Ciało „Berkuta” pośpiesznie ukryli w zaroślach stawu młyńskiego przez łączników informując o tym komendę obwodu. Ranny „Sam” został przetransportowany na konspiracyjną kwaterę, gdzie został poddany leczeniu. Niemcy dopiero następnego dnia pojawili się w Rewicy Królewskiej, żeby zabrać ciała zastrzelonych żandarmów. Przy okazji spalili zabudowania nad rzeką Rawką, gdzie kwaterowali chłopcy od „Sama”.

Kiedy sytuacja się uspokoiła, miejscowa komórka AK tymczasowo pochowała ciało „Berkuta” na jednym z okolicznych cmentarzy. Po wojnie rodzina przeniosła doczesne szczątki Jana Galickiego na Cmentarz Stary w Łodzi.

Stoją od lewej: Kazimierz Lisik „Grom II” Stanisław Szałkowski „Wanda” Teodor Zep „Witt” Olgierd Monowid „Zelina” Zygmunt Ciećko „Witold” Stanisław Kostrzewa „Krajewski” Zbigniew Szperling „Langiewicz”  Leżą od lewej: Tadeusz Cichecki „Sekcja” Jerzy Szymczak „Niemir” Tadeusz Jasiński „Pik” Stanisław Olechowicz „Lot”Oddział „Sama”, kwatera w Kołacinku,okres po akcji na parowozownię w Słotwinach - wrzesień 1944 r.

Walka pod Swędówkiem

11 listopada 1944 r. był sądnym dniem w historii jedynego oddziału partyzanckiego Obwodu Brzeziny – Koluszki AK. Dramatyczne wydarzenia jakie miały miejsce w maleńkiej miejscowości przeszły do historii jako bitwa pod Swędówkiem. Niewiele brakowało żeby Oddział „Sama” został wybity do nogi. Jak do tego doszło? Nocą z 10 na 11 listopada 1944 r. oddział w sile 33 partyzantów pod komendą chor. Mariana Nicińskiego „Wirka” (tymczasowo zastępującego rannego ppor. „Sama”) prowadzony przez przewodnika z Głowna dotarł do leżącego na uboczu gospodarstwa Schmidtów, niemieckich kolonistów, znajdującego się w Swędówku Szlacheckim (obecnie Anielin Swędowski) około 4 km na zachód od Strykowa. Nie do końca udało się ustalić w jakim celu oddział pomaszerował tak daleko od swojego macierzystego terenu działania. Jerzy Żukowski „Kaper” pisze, że była to jedna z wypraw „do Szwajcarii” a więc klasyczna akcja zaopatrzeniowa. Inna z wersji mówi o próbie wysadzenia znajdującego się w pobliżu kwatery solidnie strzeżonego mostu kolejowego na rzece Moszczenicy lub o próbie porwania wysokiego rangą hitlerowskiego dygnitarza, który miał się pojawić na festynie w tamtej okolicy w celu wymiany go na więzionych Polaków. Z kolei uczestnicy zjazdu partyzantów oddziału z 1994 r. sugerowali, że przybycie w te okolice miało być rodzajem propagandowej demonstracji dla żyjących tutaj Niemców oraz sił okupacyjnych, że Polskie Państwo Podziemne dysponuje siłą zbrojną gotową stanąć w obronie swoich rodaków w ostatnim okresie wojny stąd data akcji wyznaczona w zakazane przez okupanta polskie święto państwowe. W godzinach przedpołudniowych 11 listopada 1944 r. obecność oddziału w Swędówku została przypadkowo wykryta. Niemcy zebrali około 300 ludzi z różnych formacji i przygotowali obławę na granicy lasu szczawińskiego odległego około kilometra na zachód od partyzanckiej kwatery a do zabudowań posłali kilkuosobowy patrol, żeby zlustrował sytuację i ewentualnie wypłoszył oddział z zabudowań. Do żandarmów, którzy od strony sadu niepostrzeżenie podeszli pod sam dom pierwsi ogień otworzyli znajdujący się na zewnątrz Janusz Kowalski „Melania” oraz Jerzy Szperling „Nero” alarmując resztę partyzantów o niebezpieczeństwie. Niemcy odpowiedzieli seriami z karabinów ciężko raniąc „Nera” oraz „Melanię”. Jeszcze w trakcie walki z żandarmerią dowódca oddziału Marian Niciński „Wirek” podjął zbawienną w skutkach decyzję. Rozkazał wycofać się jak najszybciej na teren Generalnej Guberni, dokładnie w przeciwnym kierunku niż zakładali Niemcy przygotowując zasadzkę. Tak rozpoczął się dramatyczny odskok. W biały dzień, przez świeżo zaorane pola, transportując rannych na bryczce partyzanci rozpoczęli forsowny marsz w kierunku Lasu Domaradzkiego, tocząc w międzyczasie pojedynek ogniowy z próbującymi ich okrążyć patrolami nieprzyjaciela. Po zapadnięciu zmroku oddział zgubił niemiecki pościg i osiągnął majątek Domaradzyn. Tam pozostawiono rannych, do których nad ranem miał przybyć lekarz z Głowna. Pozostała część oddziału przed świtem dotarła do maleńkiej wioski Michałów, położonej około 10 kilometrów na południowy wschód od Głowna. Następnego dnia radość z ocalenia oddziału zmąciła smutna informacja. Pozostawieni w majątku Domaradzyn pod opieką mieszkańców dworu ciężko ranni Jerzy Szperling „Nero” oraz Janusz Kowalski „Melania” zmarli nocą przed przybyciem chirurga z Głowna. Dwójka poległych bohaterów spoczęła obok siebie na cmentarzu w Bratoszewicach. Po zakończeniu wojny rodzina ekshumowała doczesne szczątki Jerzego Szperlinga i złożyła je na łódzkiej nekropolii – Mania.

Pozostałe akcje zbrojne

Oprócz opisanych bardziej szczegółowo najważniejszych akcji bojowych Oddziału „Sama” i walk przeciwko okupantom nasi lokalni partyzanci mieli na koncie jeszcze kilka mniejszych osiągnięć, o których również warto krótko wspomnieć.

Nocą z 26 na 27 lipca 1944 r. po krótkiej wymianie ognia oddział wkroczył do wioski Turobowice nieopodal Koluszek zamieszkałej przez niemieckich kolonistów, którzy w 1943 r. przyczynili się do pojmania jednego z żołnierzy Kedywu przez nieprzyjaciela. Partyzanci zarekwirowali broń oraz amunicję. Dowódca oddziału poinformował mieszkańców, że działania na szkodę polskiego podziemia spotkają się z radykalniejszą odpowiedzią Armii Krajowej.

Chłopcy od „Sama” kilkakrotnie wysadzali tory na linii kolejowej łączącej Łódź z Warszawą. Ładunki wybuchowe podłożyli i zdetonowali pod Wągrami, Krosnową oraz Justynowem. W tym ostatnim przypadku udało się wykoleić duży transport wojskowy.

Niewątpliwym, choć nieco przypadkowym sukcesem oddziału było pojmanie na kwaterze w Borkach pod Głownem dwóch okrutnych niemieckich żandarmów odpowiedzialnych za brutalne obchodzenie się z ludnością polską oraz żydowską w Głownie. Funkcjonariusze hitlerowskiego aparatu terroru o nazwiskach Serbian oraz Rahn od dawna mieli zasądzone wyroki śmierci przez Polskie Państwo Podziemne, dlatego po przesłuchaniu zostali rozstrzelani.

Ostatnim akordem bojowych działań Oddziału „Sama” była służba w charakterze polowej żandarmerii. W grudniu 1944 r. oraz styczniu 1945 r. partyzanci podzieleni na trzy grupy zostali rozlokowani na zimowych kwaterach z zadaniem zwalczania pospolitego bandytyzmu jaki uaktywnił się w okolicy po załamaniu się okupacyjnego porządku. W kilku przypadkach na dokonujących napadów i rozbojów przestępcach wykonano wyroki śmierci, co szybko rozniosło się po okolicy i doprowadziło do zaniku przestępczego procederu.

Dowódca Oddziału - Romuald Ziółkowski „Sam” - Kołacinek, wrzesień 1944 r.Dowódca Oddziału - Romuald Ziółkowski „Sam” - Kołacinek, wrzesień 1944 r.

Rozwiązanie oddziału i losy partyzantów po styczniu 1945 r.

Historia Oddziału „Sama” skończyła się wraz z rozkazem o rozwiązania Armii Krajowej z 19 stycznia 1945 r. Niestety długo oczekiwane wyzwolenie nie było tym, o które walczyli żołnierze Polskiego Państwa Podziemnego. Wraz z przepędzeniem Niemców i wkroczeniem na ziemie polskie Armii Czerwonej rozpoczęło się brutalne instalowanie kolejnego totalitarnego reżimu, a członkowie organizacji niepodległościowych znaleźli się na celowniku służb. W tej sytuacji część z chłopców od „Sama” musiała się ukrywać by z czasem zasilić szeregi rodzącego się zbrojnego podziemia niepodległościowego, część przeszła przez piekło katowni Urzędów Bezpieczeństwa, brutalnych przesłuchań i procesów sądowych. Na drugim biegunie powojennych postaw było kilka pojedynczych przypadków pójścia na współpracę z organami bezpieczeństwa Polski Ludowej. Jednak większość żołnierzy oddziału po styczniu 1945 r. próbowała ułożyć sobie życie z różnym skutkiem w niesprzyjających byłym członkom AK komunistycznych realiach. Część rozjechała się po Polsce, inni pozostali w okolicach Koluszek, Brzezin i Głowna. Symboliczny jest przykład dowódcy oddziału – Romualda Ziółkowskiego „Sama”, który nękany przez UB opuścił rodzinne strony i wyjechał na Ziemie Zachodnie. Osiedlił się wraz z rodziną w dalekim Szczecinie gdzie znalazł pracę jako dyżurny ruchu. W kolejnych latach był jednym ze współorganizatorów sekcji kajakowej w klubie Kolejarz. „Sam” zmarł w stopniu porucznika 22 grudnia 1991 r. i spoczął na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie.

Niewielu byłych partyzantów doczekało transformacji w 1989 r., kiedy wreszcie z podniesionym czołem mogli w pełni być dumni ze swoich okupacyjnych życiorysów. Ważnym wydarzeniem już w wolnej Polsce była 50. rocznica utworzenia oddziału. Odbył się wtedy dwudniowy rajd po dawnym terenie Obwodu Brzeziny - Koluszki AK, w którym wzięło udział kilkunastu chłopców od „Sama”. Z biegiem lat kolejni byli członkowie oddziału meldowali się w szeregach niebieskiej partyzantki. Jako ostatni na wieczną wartę 19 września 2017 r. odszedł ppor. Eugeniusz Jeż „Świerk”.

Pamięć o oddziale

Współcześnie pamięć o Oddziale „Sama” kultywują lokalni pasjonaci historii najnowszej ze Stowarzyszenia Historia Koluszek, Muzeum im. Leokadii Marciniak, czy harcerze ZHP Hufca Głowno. Odbywają się rajdy rowerowe i piesze, wykłady, odczyty, organizowane są partyzanckie ogniska oraz wystawy. Zbierane są relacje, dokumenty oraz fotografie. W rocznice związane z historią naszego partyzanckiego jedynaka składane są kwiaty i palone znicze pod tablicami, pomnikami oraz na grobach poległych i zmarłych żołnierzy oddziału. To wszystko pozwala mieć nadzieję, że pamięć o jedynym na ziemiach polskich partyzanckim oddziale leśnym bez lasu przetrwa kolejne lata.

Rekonstrukcja mundurowania Oddziału Sama na podstawie zachowanej dokumentacji fotograficznejRekonstrukcja umundurowania Oddziału „Sama” na podstawie zachowanej dokumentacji fotograficznej podczas spotkania poświęconemu oddziałowi we wrześniu 2022 r.

Adrian Kut
Grzegorz Panek